Przetłumacz Stronę

Poszukaj

Informacje

Od 11.01.2006 odwiedziło mnie: 18020522 internautów

Dobre Strony

Encyklopedia Radiooperatora - sprzęt, informacje, pomoc
Start arrow Połamańce Językowe
Moja codzienna droga do szkoły Drukuj Email
Powolutku i z oporami budziłem się. Przez mgłę snu przedzierał się wredny sygnał elektronicznego budzika. Złapałem wreszcie Ĺşródło hałasu i z uczuciem pieprznąłem nim o ścianę. Ta forma rozładowywania stresów odpowiadała mi najbardziej. Budzik był z typu tych niezniszczalnych, więc nic mu się nie stało, a ja - już rozluĹşniony i w miarę obudzony - wstałem i z zamkniętymi oczyma podążyłem w stronę łazienki.

Jak zwykle nie wymierzyłem za dobrze i tym razem trafiłem czołem w kontakt. Zetknięcie to nie było zbyt przyjemne, przez następne kilka minut siedziałem bezmyślnie pod ścianą i budziłem się jeszcze raz. Gdy w końcu z głębi swego jestestwa powróciłem do świata żywych, stwierdziłem, że nie zostało mi zbyt wiele czasu do wyjścia. Szybko narzuciłem na siebie ubranie, wpadłem do kuchni i zrobiłem podwójną porcję kanapek, zapiąłem kamizelkę kuloodporną, przypiąłem pas z amunicją i GLUCK-iem 15, szybko przeładowałem obrzyna i już na schodach założyłem kask.

Wychodząc z domu, odruchowo wykonałem pad z przewrotem za samochód sąsiada - tak na wszelki wypadek. Rano strzelanina na moim osiedlu najczęściej nie przekraczała rozsądnej granicy, ale nigdy nic nie wiadomo. Zawsze mogłem dostać się w sam środek porachunków dwóch band młodzieżowych, lub też trafić na kilku skinów w wyjątkowo towarzyskim nastroju.

Wyjrzałem zza opancerzonej Syreny 105 Bosto, mój wykrywacz biomasy wykazał tylko kilka odległych postaci zajętych wzajemną wymianą ołowianych argumentów. Drogę na miałem wolną. Wychodząc na prostą przed przystankiem, połączyłem się za pomocą radiotelefonu z chłopakami siedzącymi w szańcu przystankowym. Jak zwykle był już Filip i Kijan. Do przyjacielskich przysług należało osłanianie kolegów zdążających odkrytym terenem do przystanku. Potwierdzili, że mnie usłyszeli i lekko skulony, wyćwiczonym zygzakiem podbiegłem do bunkra.

W drodze jakiś strzelec z najwyższego piętra wieżowca próbował mnie trafić, ale chłopaki położyli na nim ogień zaporowy i spokojnie dotarłem do przystanku. Następnie sytuacja się powtórzyła i osłanialiśmy Łysia, ale samotny strzelec z wieżowca już się nie odezwał. Kijan miał M16, a Filip kałacha, więc bardzo możliwe, że uciszyli gościa na stałe. Ich broń była dobra, ale bardzo nieekonomiczna. Magazynki do karabinów maszynowych były drogie i szybko się kończyły. Ja używałem pięciostrzałowego obrzyna i najczęściej ładowałem go grubym śrutem myśliwskim. Taki śrut z odległości sześciu metrów wywalał w grubej gipsowej ścianie dziurę o średnicy jednego metra. Mogłem go ładować również normalnymi nabojami, ale nadal nie była to zbyt celna broń. Gdy potrzebowałem celności to miałem mojego GLUCK-a 15, wspaniały piętnastostrzałowy, bezodrzutowy pistolet, z długą - zapewniającą celność i dalekonośność - lufą. Dodatkowo miałem zamontowany na nim celownik optyczny, do którego dostałem filtr na podczerwień, który przydawał się gdy zimą wracaliśmy wieczorem ze szkoły.

Całe to oprzyrządowanie powodowało, że mając chwilę spokoju i punkt podparcia, trafiałem z odległości połowy kilometra w sam środek głowy delikwenta. Najczęściej stosowałem do niego własnoręcznie wykonywane kule Dum-Dum zapewniające mi dużą skuteczność bojową. Oczywiście miałem na sobie dużo innego wyposażenia zapewniającego przeżycie w tych ciężkich czasach. Jak już wspomniałem, kask naszpikowany różnorodną elektroniką, granaty różnego rodzaju (konwencjonalne, oślepiające, ogłuszające, dymne, gazowe, a nawet jeden fosforowy), gaśniczkę osobistą, która przydawała się w czasie bezpośredniego trafienia mołotowem. Małego subnotebooka, zastępującego wszystkie książki i zeszyty miałem wmontowanego wewnątrz kamizelki.

Po drodze przemieszczały się nieliczne o tej porze opancerzone pojazdy, w końcu zajechał nasz autobus. Ciężki wóz, z bezdętkowymi oponami i zaspawanymi stalowymi blachami z otworami strzelniczymi. Szybko, z wprawą wpakowaliśmy się do środka i przywitaliśmy się z naszymi kolegami, jadącymi do tej samej szkoły. Każdy zajął swoje miejsce przy otworach strzelniczych i rozpoczęła się nasza jazda do Zduńskiej Woli, gdzie mieścił się nasz bunkier szkolny, pod nazwą Zespół Szkół Elektronicznych. Po następnych dwóch przystankach i uzupełnieniu składu osobowego, wyjechaliśmy z miasta. Według niepisanego prawa, na drogach nie używano granatów i rakiet przeciwpancernych, ponieważ niszczyły cenną nawierzchnię, co dotykało zarówno miejscowych jak i przejeżdżających.

Najczęściej nasz autobus nie był atakowany, ponieważ odgryzaliśmy się wszystkim z całą radością i pełną siłą ognia. Jak zwykle mój podziw wzbudziła postawa kierowcy, który nawet podczas najcięższego ostrzału nie przerywał jedzenia kanapek i pociągania z piwa z puszki. Jak mi się udało zauważyć, zawsze miał przy sobie minimum dzieśięć sztuk - no cóż, każdy radził sobie ze stresem jak potrafił. Tym razem przejechaliśmy w miarę bezpiecznie i dopiero na przedmieściach Zduńskiej Woli przywitał nas ogień zaporowy z rosyjskiego CKM-u. Jednak strzelec nie zdążył dokonać większych szkód - poza rozszarpaniem jednej z szesnastu opon - ponieważ kierowca nie przerywając żucia, przejechał po jego stanowisku miotaczem ognia, zamontowanym na stałe w tych typach pojazdów szkolnych.

Wjechaliśmy do tego gościnnego miasta i w szybkim tempie zaczęliśmy tracić amunicję. Na przystanku wysiedliśmy tak jak na kilku poprzednich robili to nasi znajomi z plastyka i ogólniaka. Najpierw poszło kilka granatów różnego rodzaju, następnie położyliśmy na terenie zasnutym teraz dymem z naszych granatów ogień zaporowy, a kilku dyżurnych tego dnia wyskoczyło z autobusu, i osłaniało wyjście pozostałych. Ze szkoły wspomagał nas ogień ciężkich karabinów maszynowych i wyrzutni rakiet.

Wypadłem z autobusu i błyskawicznie przeczołgałem się za osłonę klombu kwiatowego. A następnie zdawkowo zacząłem się odgryzać autochtonom, a śrut z obrzyna dokonywał niezłego spustoszenia na terenie okopów miejscowej młodzieży szkolnej. Po kolei docieraliśmy do przejścia podziemnego i przechodziliśmy pod jezdnią na drugą stronę do szkoły.

Przy wejściu stał stary wykrywacz metali, dawniej każdy musiał oddać całą broń przed wejściem, ale gdy kilka razy miejscowym udało się przedrzeć do środka szkoły, po rozpatrzeniu strat osobowych, dyrekcja zgodziła się zezwolić na broń. Doszedłem do klasy i wyjąłem subnotebooka, byłem gotowy na kolejny dzień nauki.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »